koniec i figa. fago!
Maski są pożyczone, albo zmyślone.
Dla ich bezbrzeżnej mądrości wyniesionej ze szlachetnego umiłowania do obserwacji rzeki, byłem jak Długość Plancka - najmniejsza jednostka długości mająca sens fizyczny. I nogi miałem tylko dwie. Stąd pozwalały sobie na śmiech ze mnie (po kryjomu obawiając się jednak, że mogę podłożyć kiedyś komuś świnię jak podkłada się bombę). W pewnym sensie moja podróż była opowieścią o rzece, ale nie przekonałbym o tym ani jednego pająka, nawet gdybym był jak te pierwsze zwierzęta, które przeżyły lot na orbitę i wróciły na Ziemię – Biełka i Striełka.
Tylko za skarby świata mógłbym zaskarbić sobie ich uznanie, ale lepiej już chyba kupować na 1 maja przekwitłe w kwietniu tulipany.
I tym sposobem nakręcam ruszt maszyny do ciągłego ćwierkania. Zwinny hokus-pokus, który kusi (w tym jest lepszy od zwykłej abrakadabry). A magia trwa dopóki ciemno. A potem jest już tylko głośniej, byle zagłuszyć niebezpieczeństwo dziury w podłodze, w całym. Byle się szczelnie ukryć za gadaniną, okopać, ogłosić. Co za różnica czy tajemnica leży w ciszy czy w krzyku i jego dusznych monologach. Oszust, że go oszukają najbardziej się boi. I dlatego po krzywych szynach równoleżników, uzbrojonym po zęby w usta eszelonem, wysyłam na czarny rynek coraz większą kontrabandę słów. Wałkuję to wkoło. Niestety dochodzą mnie słuchy, że tory już przebyte rozebrali rewolucjoniści i zbieracze złomu. Chcąc więc uniknąć wykolejenia i zdemaskowania szybko przesiadam się na koślawe południki. Te mijają Wyspę Niedźwiedzią, stację arktyczną Zebra, by zwęzić się w okolicach Spitsbergenu i popędzić dalej za granicę lodu stałego, do najdłuższych nocy polarnych. Działanie zupełnie odwrotne niż z kanarkiem. Płachtę na klatkę zakłada się żeby był cicho, a tu im ciemniej tym głośniej. Dobrze, że on nie rozwydrzony nadto, bo trzeba by mu kark ukręcić, żółty kogel-mogel (za poetą: "szarlatanów nikt nie kocha").
Lubię myśleć, że powiedział nierozganiętym w kwestiach technicznych funkcjonariuszom, iż trzymają w ręku nowy rodzaj kafla łazienkowego i sami powinni kupić trochę, bo już się kończą. Udało się. Mnie też się na ogół udaje. Na ogół, bo nie zawsze, zwłaszcza na dłuższą metę.
Ale zawsze kiedy o tym myślę przypomina mi się ta nieszczęsna afera naszyjnikowa. Koniec końców zeszło na to, iż mąż Joanny de Valois, hrabiny de La Motte zbiegł z kontynentu do Londynu z piękną kolią zwaną "klejnotem dla królów". Tam w rytm rybitwich ostrych „kik-kik-kik” rozchodzących się nad Tamizą wydłubywał brylanty z klejnotu i sprzedawał je pojedynczo, po zaniżonych cenach.
Stałem. Zgoda, powiedzmy, że przez krótką chwilę przeszło mi przez myśl, że mogłem się pomylić jak ta ćma (późniejszy bug, czyli błąd albo podsłuch) wklejona do dzienniczka, która z szafą pomyliła prymitywny komputer Harvard Mark II i spiekła jego i się pomiędzy gołymi przewodami przekaźnika. Trzymałem się jednak swojej wersji: należę do czasów, które mogę odczuć na własnej skórze (co dla niektórych ludzi zawsze oznacza jedno - teraźniejszość).
Ale nawet, nie pasując do swoich czasów, bardziej nie pasowałem do czasów, które można było odczytać z mojej twarzy. Dwa magnesy zorganizowały mój przerzut do moich czasów. Płakały przy pożegnaniu, ja też trochę, bo nie mogłem im powiedzieć, że wrócę. Obiecałem od razu po powrocie napisać. Adres miałem: przeszłość. Ostatni raz podały mi wody.
Istniał po kryjomu, schodził z drogi, z oczu, schodził swoje stare buty. Należał całkowicie do tej swojej codziennej drogi. Przyzwyczajał wszystko i wszystkich do siebie, tak że po jakimś czasie przestawał być widoczny. Znikał jak słup z ogłoszeniami, słupki złączone łańcuchem, w łańcuchu ludzi, nie istniał jak znak drogowy dla pieszego. Pomijano go przez nawyk. Żebraka widać dopiero po jego wyciągniętej dłoni. On jej nie wyciągał. Nie wałęsał się jak inni jałmużnicy, nie kręcił się jak oni w kółko, nie stawiał kroków sumujących ból całego kreciego życia i wszystkich krewnych. Nie żebrał, by po odmownym geście głową iść jeszcze chwilę za oddalającą się szybko ofiarą w ogarniającej, niezapełnionej zrozumieniem znaczenia słowa „nie”, pustce. Pomimo wszelkich pozorów był inny niż oni - był rozlany. Był sam. Res nullius.
Sprawiał wrażenie jakby właśnie szedł dokądś, pochylony w przód, węszył. Nie przyglądał się życiu, nie ponaglał go, jak gdyby rzeczywistość dokoła niego nie miała miejsca, a on nadal był w swoim tunelu i nie było potrzeby rozglądania się na boki, nie było niczego czemu można było się dziwić. Nie widziałem nigdy, żeby pił czy palił, jak zwierzę nie potrzebował używek. Cykliczność pojawiania się Szczura, wlewania się jego rozlanej postaci w mój wąski widok z okna nadawała specjalną rangę chwili (z mocą znaku analogiczną do zaćmienia słońca, czy spadającej gwiazdy dla pierwotnych). Szczur był tu z jakiegoś nieznanego mi powodu i nigdy nie zrozumiałem wiadomości, którą przynosił. Był przybyszem własnego szaleństwa, którym się, z zasady, z nikim nie dzieli. Zaplątany w sieć (urojonych?) poszukiwań wypełniał jakąś zagadkową powinność miejskiej melancholii, której nie udało mi się rozwikłać, gdyż sam z powodzeniem się jej z oddali oddawałem.
I swoim tempem, po pasach odchodził poza zasięg moich oczu. Ja zasuwałem firankę i powracałem do spraw niedokończonych. To był kretoszczur, wiedziałem już, że niczego dzisiaj nie zrobię.
Jak cierpliwy Trzmielojad, który obserwuje ruchy owadów, dzięki czemu lokalizuje ich gniazda, by następnie rozgrzebać je i pożreć. Żeruje wtedy nawet przez kilka dni, do pełnego nasycenia.
Tej nocy zamiast jasnych gwiad, z abysu ciemności wyłaniały się całymi ławicami świecące ryby głębinowe o przezroczystej skórze, plastikowych zębach i widocznym szkielecie. Z odwróconym zdziwieniem obserwowały mnie jakbym to ja nie one zamieszkiwał bezdeń najgłębszego rowu oceanicznego, w którą odważnie w 1960 roku zapuścił się Jacques Piccard.
Ze szczytów świętych fortec wciśniętych w pustynię, na której kończył się piasek, patrzyły jak w kreskówkach powiększone szkłem oczy starożytnych uczonych. Później pojawiły się kobiety starannie zakrywające swoje piersi, a jedna z nich stojąc obrócona plecami do mnie oglądała mnie w swoim kieszonkowym lusterku (choć równie dobrze mogło to być jedno z tych lusterek rowerowych montowanych do kierownicy, a ona mogła jedynie karminować usta). Gdyby patrzyła dłużej dostrzegłbym odbicie jej twarzy i powiedział coś, ale rzuciła jedynie okiem i szybko odeszła. Tuż obok mojej głowy ktoś nieznanym mi głosem w znanym języku mówił coś i mówił nieprzerwanie tak długo, aż jego głos stawał się ciszą. A nie był nią. I był jeszcze człowiek, który przypominał Argusa, tyle że zamiast stu par oczu na głowie miał sto par czarnych dziurek od klucza, przez które podglądał. I byli inni, których zdolności nie zapamiętałem. Wszyscy prócz mnie wiedzieli. A im bardziej chciałem dowiedzieć się co, tym więcej opowiadano dowcipów.
Wycięte z koła barw pasy bezpieczeństwa automatycznie zaciskały się na moich kończynach. Rzeczy szły zgodnie z projektem.

Jedno jej ziarenko (naukowo dowiedzione!) – tyle zostaje z człowieka po odjęciu od niego pustej przestrzeni między cząstkami elementarnymi, doczesność.